Nie zezwalam na kopiowanie tekstów i zdjęć ze strony bez mojej zgody, zgodnie z Dz. U. 94 nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 nr 43 poz. 170 cyt.:
kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie materiałów w całości lub w części bez zgody autora jest zabronione, stanowi naruszenie praw autorskich i powiązane jest z odpowiedzialnością karną”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 października 2013

Wiedza a umiejętności

Czasem tak mam, że mimo pomysłu na notkę nie wiem jak ładnie ubrać w słowa to co mi siedzi w głowie. To jest właśnie ta chwila! Także za chaotyczność/niezrozumiałość z góry przepraszam :)

Czasem w życiu z psem mamy sytuacje, gdy (zakładając optymistycznie) wiemy jak go czegoś nauczyć a kompletnie nam to nie wychodzi.
W innym przypadku mamy styczność z osobą, która w rozmowie wydaje się być ogarnięta w temacie piesków, a potem okazuje się że jej czterołap w kwestii wychowania pozostawia wiele do życzenia i bynajmniej nie ze swojej biednej zwierzęcej winy 8)

Warto w takich sytuacjach podzielić swoje kompetencje na wiedzę a umiejętności. Ten temat ostatnio mnie zaciekawił, ponieważ pokazał mi jak dużo wiem, a mało umiem. Zupełnie jak teoria/praktyka. W przypadku psów jedno bez drugiego nie istnieje. Gdy coś mi nie wychodzi często się frustruję, a wystarczy aby popatrzył na to ktoś z boku i pokazał błąd, który dla mnie często (lecz nie zawsze) jest oczywistym błędem, lecz nie zdaję sobie sprawy z tego, że go robię :) Wiem, lecz nie umiem - w tym przypadku do końca poprawnie - czegoś wykonać. 
Przykładów jest mnóstwo. 
 Wiem jak dobrze rzucać frisbee, ale na 4 strefę jeszcze nigdy nie doleciało 8)
   szkolnie - przykłady z fizyki jak najbardziej rozumiem, ale sama za Chiny ich nie zrobię :p

I ostatni przykład, wg mnie najdobitniej pokazujący to, o co mi chodzi. Bardzo uogólniając - wiem co robić, aby wychować sobie fajnego sportowego pieska, ale czy mi się uda? ;-)


Jest tutaj także bardzo ważna kwestia: nie przekonasz się, dopóki nie spróbujesz.
Także DO DZIEŁA! :)


wtorek, 28 maja 2013

Halo halo, pobudka!

Blog śpi... Na szczęście nie oznacza to, że śpimy i my :)
Życie pędzi nieubłaganie, jestem już nieźle wyprana psychicznie i fizycznie całą tą bieganiną za ocenami, rekrutacją itp.. Na szczęście piesek cierpi na tym mając jedynie zmniejszoną liczbę i długość spacerów. Z całą resztą męczę ją dość porządnie :P Rzucamy deklami, skaczemy, obikujemy i uczymy się sztuczek.
Co do tego pierwszego - softflite pup to zdecydowanie nasz dysk! Trzeba wyposażyć się w kolejne :) Skupiamy się głównie na backhandach, które wychodzą nam już całkiem całkiem! Moim celem jest wytłumaczenie suczy sensu pogoni za dyskiem - aktualnie ma wyrzucany z ręki na niewielką odległość. Często zdarza się jej naprawdę cudownie wyskoczyć, oderwać się od ziemi, złapać i w pięknym stylu wylądować! Dlatego utrwalamy, utrwalamy i utrwalamy takie zachowania na krótkich, a efektownych treningach. Co do reszty figur - ruszyłyśmy tylko flipy, które też nam całkiem zacnie wychodzą. :) Overy, vaulty itp. zostawiłyśmy. Przede wszystkim czekam na lepszą motywację. Postanowiłam również, że sucz będzie je łapać z niższych wysokości, mimo że potrafi zrobić leg vaulta gdy normalnie stoję z ugiętą nogą, będzie je robić gdy klęczę :P Jednak tak jest lepiej, gdy pies ma zmienną motywację.
Obiobiobi... powoooluuutku ruszamy pozycje, ale to baardzo powolutku. Raczej wciąż szlifujemy chodzenie przy nodze, na które również nie mogę narzekać! Pracujemy nad tym, aby tuptanie dla Lilaczka było największą radością jaka ją może w obi spotkać :D
I ostatnie to sztuczki. W naszym repertuarze zagościła sztuczka "make the face" którą skracam po prostu do "face". Jestem niepocieszona faktem, iż Lilaczoo nie wystawia swoich pięknych ząbków, przez co nie wygląda już tak efektownie... cóż, nie można mieć wszystkiego ;)) Kiedyś zaczęłyśmy przytulanie zabawki przy świstaku do czego musimy wrócić. Kolejna z zaczętych nieskończonych to czołganie, na które będziemy potrzebowały więcej czasu.

Krótkie sprawozdanie co u nas - mam nadzieję, że niedługo złe chwile miną i będę mogła napisać o czymś konkretniejszym, w końcu skleić filmik, który planuję od bardzo dawna oraz wstawić jakieś zdjęcia!
A tymczasem 14 czerwca czeka nas kolejny występ... :)

czwartek, 14 lutego 2013

O cavisiu-geniuszu słów kilka

Dziś wracając tramwajem z treningu zdałam sobie sprawę, jak bardzo nie doceniam mojego pieseczka. Gdy po większych kryzysach ja w końcu jej odpuściłam, przystopowałam, zaczęło być idealnie. Nie zawsze, ale w 90%. "Nie przerzucaj swoich ambicji na psa" dla mnie zawsze było zrozumiałe, jednak bardzo długo zajęło mi WŁAŚCIWE zrozumienie. Zapewne na moim blogu czytaliście już cały ogrom postów podobnych do tego, prawda? Zdaję sobie sprawę, bo to jest właśnie ten proces "rozumienia", który trwa długo, bardzo długo. Bo gdy zdajemy sobie sprawę, że 'tak! teraz na pewno już to wiem!' po jakimś czasie dostrzegamy, że jednak jest inaczej ;) Być może musiałam zacząć pracować z innym psem, żeby zobaczyć jak genialny jest mój (oczywiście nie wykluczając zajebistości tego innego! :)) Często oczekując dużych sukcesów zapominamy o tych zupełnie malutkich, bez których nic wielkiego by nie powstało. I to jest właśnie mój problem, który mam nadzieję powoli odchodzi do przeszłości. Żyjąc z takim psem jak Lilu nie jest łatwo, trzeba mieć wyczucie i podejście. Li jest bardzo wrażliwa, bardzo, bardzo, bardzo. A jej wrażliwość zwiększyła się jeszcze bardziej po sterylizacji - nieraz wystarczy ją źle chwycić, żeby zapiszczała.  Nie wiem czy to z bólu fizycznego i psychicznego - na pewno skontaktujemy to z wetem, wtedy się okaże. Wracając do tematu - jeśli chcę coś z nią wypracować, muszę łapać każdy malutki moment, gdy zmierza do celu i chwalić ją. Niektórzy nagradzają swoje psy gdy dopiero przy przyniosą piłkę, ja Gluta chwalę już wtedy, gdy zbiera się do obiegu. Widząc jej zmianę, wiedząc jak było kiedyś i jak jest teraz właśnie jadąc tramwajem zebrało mnie na przemyślenia. Ja nie jestem idealną właścicielką - często przychodząc ze szkoły rzucam torbę i jeb na łóżko, mimo, że powinnam wyjść z psem. Często na to nie mam siły, ale nie mogę zwalać tego tylko na szkołę, bo powinnam organizować sobie tak dzień, żeby mieć też czas dla psa. A mimo tego Li jest przy mnie cały czas, to jest właśnie ta magia psa. Coś, czego często nie dostrzegamy oczekując tego, aby nasz czworonóg był jak najlepszy we frisbee, agi, etc.. Pisząc to czuję, że robię to trochę niepotrzebnie, bo zapewne takich notek czyta się milion. Może dlatego, że każdy właściciel musi przez to przejść..?
Dziś na treningu było łącznie 7 psów. 7 flyballowych psów. Li biegała bonusowo. A co oznacza flyball? Otóż to, że jest głośno - musisz drzeć się do osoby stojącej 3 metry obok ciebie żeby było cię słychać. Li która z natury boi się psów, nawet jeśli je zna, nie mówiąc już o drących się psach, które wyrywają się na wszystkie strony bo chcą JUŻ! dodając do tego śnieg, zimno, mokro... Mieszanka wybuchowa. ALE uwaga! Wierzyłam w nią, że da radę, mimo jakiegoś obrazu skulonego, przestraszonego psa z oczami jak 5 złoty wiedziałam, że jej się uda - i nie zawiodłam się! Ładnie biegała (crossy), nie wyłączała się, nawet zdarzało jej się szczeknąć ;), była najarana na szarpak - to nic, że złapała go w zęby tylko raz. Wiem, że aby osiągnąć sukces ona sama w sobie pokonuje własne słabości i lęki, bo bardzo chce, ale czuje blokadę nad którą uczy się panować. Mimo, że boi się właśnie takich psów pracuje ze mną przy nich. Nie zawsze jej się udaje, ale zawsze z pracy wynosi jakieś małe sukcesiki. A ja właśnie teraz zrozumiałam, że ona przecież to wszystko robi dla mnie, bo ja ją zabieram w taką pogodę na trening, a ona idzie szczęśliwa obok mnie. Puchnę z dumy do tej pory. A najlepsze jest to, że to nie pierwsza taka sytuacja, kiedy wiem, że ona da radę. Właśnie dlatego mam taki spokój na sercu, bo uważam, że w końcu nauczyłyśmy się siebie nawzajem. Z Li nie będzie mistrza świata - ona jest moim mistrzem mojego świata. 
Przepraszam za chaotyczność notki. Podsumowując:

MAM ZAJEBISTEGO PSA!

Tak, właśnie teraz w tej chwili możecie zacząć mi zazdrościć :P

wtorek, 1 stycznia 2013

Podsumowanie?

Czy ten rok był przełomowy? Hmm, nie czuję tego jakoś specjalnie, ale porównując go do 2011 na pewno tak. Dużo się zmieniło, dużo się nauczyłyśmy, było wiele porażek, ale nie mniej sukcesów.

Rok zaczął się flyballowo ;) zapisałyśmy się na kurs, który początkowo miał być kursem agility. Wiele zawdzięczam treningom, mimo niezbyt obiecującego początku i ostatecznego poddania się. Zyskałam ogrom wiedzy, z każdym nowym treningiem Li przełamywała się w czymś, ja przecierałam oczy ze zdumienia ciesząc się jak głupia, Li zaczęło się to podobać. Oprócz tego poznałam fantastycznych ludzi i fantastyczne psy. Treningi diametralnie zmieniły naszą pracę. Kwiecień i maj to miesiące, które wspominam najlepiej. Sucz pracowała idealnie, naprawdę mogłam sporo od niej wymagać, a ona każde zadanie wypełniała najlepiej jak potrafi. Udało nam się odwiedzić pierwsze od 5 lat w Polsce zawody flyballowe w Ożarowie w kwietniu (ja sama byłam również na edycji jesiennej we wrześniu) gdzie podczas przerw Li dała z siebie wszystko, mimo tylu rozproszeń potrafiła się skupić i pracować na torze. Niestety to co dobre szybko się kończy, tutaj nie było inaczej. W maju nastał ogromny kryzys, który po tak udanych miesiącach był ciosem w me serce ;-) Z mojej strony było wielkie nieporozumienie, brak akceptacji, szok dlaczego tak nagle Li się zmieniła o 180 stopni... Nie chciała pracować, uciekała, olewała mnie, znajome psy nagle stały się zupełnie obce... Do dziś nie wiem, co było tego powodem. Miałam ochotę rzucić to wszystko, całe jeżdżenie na treningi, praca, moje kombinowanie co robić żeby było lepiej poszło się... przejść na spacer. I wróciło, szkoda tylko, że w zmniejszonym składzie ;) Lil w miarę się ogarnęła, ja zmieniłam podejście, pogodziłam się ze stratą idealnego pieska (cóż, nie można mieć wszystkiego :)). Teraz przynajmniej wiem co i kiedy mogę od niej wymagać, a kiedy nawet nie próbować. Praca z nią uzależniona jest od wielu czynników, na które często nie mam wpływu i to niestety jest problemem.
W wakacje dużo jeździłyśmy m.in. na Błonia, trochę obikowałyśmy i nawet fajnie to wychodziło. Gdy na flyballu dalej nie widać było chociażby jednej małej oznaki poprawy podjęłam decyzję, że rezygnujemy. Było to dla mnie trudne, ponieważ bardzo chciałam zobaczyć Li na torze, którego w końcu i tak nie nauczyła się w całości. Chciałam zobaczyć ją na zawodach, a potem móc cieszyć się z sukcesów mniejszych lub większych i mieć świadomość, że jesteśmy częścią drużyny i od nas też zależy ostateczny wynik. Najbardziej jednak chciałam, żeby w końcu znalazł się dla nas sport, którym zajęłybyśmy się na poważnie, żeby Li była szczęśliwa a ja razem z nią. Niestety ambicje i marzenia zostały odłożone na bok. Flyball jest niesamowity. Ja na szczęście jeszcze nie kończę z nim przygody i nie zamierzam. W przyszłym roku czekają mnie pierwsze starty z Bertą, a z moich obliczeń wynika, że "już" w 2015 będę mogła wystartować ze swoim psem :) no chyba, że Li nagle się nawróci... ;) póki co pełni rolę maskotki PSYchosis (zapraszamy na nasz funpage http://www.facebook.com/PSYchosis.flyball.team?fref=ts )
Po wakacjach rozwijałyśmy się bardziej obediencowo, trochę stuczkowo i na tyle, ile pozwala szkoła robimy to dalej. Grunt to to, że niedługo ferie! :)


A na Nowy Rok razem z Lilu życzymy Wam przede wszystkim szczęścia, wielu sukcesów i radości ze wspólnej pracy jak i zwykłego przebywania ze swoimi psami!


piątek, 5 października 2012

(Pod)świadomość

Do napisania tej notki zbierałam się już od bardzo, bardzo dawna... Mam nadzieję, że teraz uda mi się skleić w sensowną całość to, co siedzi mi w głowie :)


Biorąc pierwszego psa do siebie nie miałam jakiś wygórowanych oczekiwań. Li miała być moim najlepszym przyjacielem, miała być moim psem. Nie pamiętam kiedy dokładnie to było, ale w pewnym wieku zaczęłyśmy ćwiczyć pierwsze sztuczki, zaczęłyśmy bawić się w aportowanie, ganiać za frisbee itp. Wszystko było cudownie, ja byłam zachwycona, pies był zachwycony. Mimo, że nasze "treningi" były zdecydowanie za długie, pies był ciągle gotowy i chętny do pracy. Bo to była ZABAWA, my po prostu bawiłyśmy się :) Ja nie miałam żadnych oczekiwań, Lilu nie czuła żadnej presji z mojej strony... cud miód. ;)


Wraz z biegiem czasu zaczęły się się pierwsze zgrzyty. Zwiększała się moja wiedza, a co z tym idzie wymagania i ŚWIADOMOŚĆ jak poszczególne ćwiczenia/sztuczki/inne miały wyglądać. Zaczęłam bardziej przyglądać się naszym sesjom i poprawiać błędy - a jeśli psu nie wychodziło bo źle pokazywałam/Li miała zły dzień/przerosło ją to/nie chciało jej się/miałam za duże wymagania/niepotrzebne skreślić były pierwsze mniejsze lub większe kryzysy. Zaczęłam wywierać na Lilu presję, nad którą w pewnych momentach zdarzało mi się nie panować. Do dzisiaj tak jest - jeśli jestem niestabilna psychicznie (np. zaczynam jeszcze raz jakąś rzecz, chwalę psa, ale w środku jest we mnie jakaś złość, bo nie udało się za pierwszym razem, łatwiej mnie zdenerwować) Lilu cofa się, stoi w miejscu, jest głucha, patrzy na boki i nie ma najmniejszego zamiaru nawiązać ze mną nawet kontaktu wzrokowego, dopóki się nie ustabilizuję ;)
Tak samo do dzisiaj najlepsze są nasze spontaniczne treningi - "poćwiczymy coś? poćwiczymy! dlaczego nie!". Ja nie mam wtedy wymagań i nie naciskam na sucz. Daję Li komendę, ma ją wykonać, jak zrobi dostanie nagrodę i nic więcej od niej nie oczekuję. Nie mam wygórowanych wymagań, zazwyczaj podczas takich ćwiczeń cieszę się tym, że pies w ogóle chce pracować :) ja się cieszę - Li się cieszy - Li chce pracować! Nawet jak zwieje do innego psa nie jestem na nią zła, bo przecież zaraz przyleci i będziemy bawić się dalej.



Z Lilu absolutnie nie przejdzie dokładne planowanie ćwiczeń. Wtedy presja i wymagania podświadomie, automatycznie są większe, bo przecież wiemy i jesteśmy świadomi jak to ma wyglądać. Piesek nie jest wtedy zbyt szczęśliwy i zazwyczaj pracy odmawia, albo robi to bardzo niechętnie. ;) Wiem, że powinnam być wyluzowana i szczęśliwa podczas takich ćwiczeń, ale nie zawsze mi to wychodzi. Jedno małe potknięcie i już w środku się zachwieję, co Lilu potrafi bardzo łatwo wyczuć, a wtedy... klapa.

Jeśli chcę coś z nią zrobić to planuję tylko... co. Np. jeśli chcę poprawić chodzenie przy nodze to owszem, jakiś tam zarys w głowie mam, ale nie planuję szczegółowo ćwiczeń. Poskaczemy do frisbee? OK! Ale czy to będą overy, vaulty, dystansowe... Nieważne! Wyjdzie w praniu! ;) Tak Lilu o wiele lepiej się pracuje, bo obserwuję ją i w zależności obniżam/podwyższam poprzeczkę. Oczywiście są wyjątki, kiedy szczegółowe planowanie pomaga, ale jest ich baaaardzo malutko. :) a wyjątek potwierdza regułę...
Długo zajęło mi zaakceptowanie faktu, że z Lilu jest marny pies sportowy. Predyspozycje fizyczne ma ogromne (mając 35 cm w kłębie potrafi skakać na metr w górę, czasem i więcej, jest z niej mała torpeeeeedka) ale gorzej z samym faktem pracy. Bardzo różnie z tym bywa, więc jeśli mamy się denerwować obie, jeśli coś nie wyjdzie to.... po co? ;)



Gdy miałyśmy kryzysy w pracy często robiłam przerwy na zasadzie spacerujemy, nic nie robimy/klikamy niewielkie rzeczy, lovciamy się i w ogóle... :D Teraz tak jak wygląda przerwa wygląda nasze życie. Mimo żalu pożegnałyśmy się z flyballem, nie pamiętam, kiedy ostatni raz mój pies biegał za piłką. Jeśli biorę ją w jakieś stare lub zupełnie nowe miejsce i widzę, że nie ma ochoty biegać za zabawką nie robi tego. Po prostu spaceruje, idzie obok nawet jeśli wokół pieski pracują. Znacznie zminimalizowałam treningi frisbee(no, aktualnie nie biegamy za talerzami w ogóle)/obedience/rally-o/dog dancingu/sztuczek. Zabawki są do zabawy, nie stawiam za nie wymagań, ponieważ i tak są dużo mniejszą motywacją niż żarełko. Może czytając to nie odczuwacie żadnej różnicy, ale przyznaję, że jest OGROMNA. Bo aktualnie nie robimy prawie nic i jest nudno. ;) ale przynajmniej Li jest szczęśliwa, bardziej mi ufa i na tym mi najbardziej zależało :).



PS. serce badane osłuchowo - Lilu 2,5 roku - nie wykryto absolutnie nic niepokojącego :)

czwartek, 30 sierpnia 2012

Back to summer paradise...

Przerażające jest to, jak czas szybko płynie. Jeszcze niedawno skrobałam posta "Podsumowanie wakacyjnych postanowień" (rok temu), zaraz potem cieszyłam się, gdy wychodziłam ze szkoły z zakończenia roku szkolnego (2012)... Ten rok zapowiada się szalony, miejmy nadzieję, że uda mi się go przeżyć :D
A tymczasem postanowiłam naskrobać coś o tegorocznych wakacjach. Nie były jakieś szalone, najbardziej brakowało mi wyjazdu z Lilu na jakąś wieś, bez kontaktu z cywilizacją :PP spacerów po lesie, nad wodę... całe wakacje spędziłyśmy w mieście.
Przez lipiec nie robiłyśmy właściwie nic ;) oprócz nauczenia się kilku nowych sztuczek. Podczas mojego wyjazdu Li była u znajomej, a potem zaczęła się cieczka i tak zleciał nam cały miesiąc :P Sierpień był trochę aktywniejszy, byłyśmy na wielu różnych treningach, spacerach, generalnie mam dość Błoń na najbliższy miesiąc :D wzięłyśmy się w końcu porządnie za obi. Nasze chodzenie przy nodze się poprawiło, choć wciąż nie jest idealne.


 Celem naszych wakacji było udoskonalenie pracy w nowych miejscach, gdzie jest dużo więcej rozpraszających bodźców. Czy się to udało? Hmm, niestety to jest temat, nad którym załamuję ręce. Nie wiem od czego to zależy, nie wiem, co jeszcze mam robić, nie wiem, czy nie lepiej odpuścić... praca Li zmienia się jak... no nawet nie umiem znaleźć porównania. Teraz może być ok, ale za sekundę pies nagle BUM! koniec! aktualnie wypięła się na zabawki, ukochane szarpaki są okropne, ostatnio olewa również żarcie... Co mnie bardzo boli nie przychodzi. Gdy ja uciekam ona nie biegnie. Jedynie ok jest w domu, no ale ileż można tłuc sztuczki i to jeszcze w miejscu, które sucz zna na wylot?
Podjęłam również bardzo trudną decyzję, nad którą rozmyślałam godzinami. Zrezygnowałyśmy z flyballu.
Co prawda w przyszłym roku będę biegać z Bertą, ale jednak to nie to samo, co z własnym psem. Mam wrażenie i ogromną nadzieję, że to tylko ciąża urojona, że to minie, że po sterylizacji wszystko zniknie i że to tylko zła bajka. Niestety, jeśli dalej taki stan pozostanie (bo takich kryzysów w naszym życiu był ogrom), będziemy powoli musiały rezygnować ze wszystkiego. Łatwo powiedzieć "nie poddawaj się, walcz!" ale co ja mam zrobić? Nie mam już pomysłu...

niedziela, 29 lipca 2012

Ciepło-zimno... Kilka słów o kształtowaniu.

Lilu zdecydowanie nie jest mistrzem kombinowania, nie proponuje sama od siebie nowych zachowań, zazwyczaj robi to co już umie, a gdy mi nie do końca o to chodzi, siada i patrzy zrezygnowana. Jest w tym moja wina, całe życie ją naprowadzałam, niestety.

 Na dzisiejszej sesji klikerowej postanowiłam, że zrobimy kolejny krok w ogarnięciu ciałka, a mianowicie, że nauczę ją włażenia do miski wszystkimi 4ema łapami. Wzięłam miskę i próbowałam Lilu na nią naprowadzić, aby chociaż jedną łapą jej dotknęła, niestety bez skutku. Popisała się za to perfekcyjną umiejętnością omijania jej bez patrzenia na nią. ;) zrobiłam mały stop, żeby zastanowić się, dlaczego ona nawet nie chce jej dotknąć. Najprawdopodobniej miska kojarzyła się jej z jedzeniem i niczym innym ;) więc wzięłam inną, starą miskę, z której jadła za szczeniaczka, i której już nie pamięta. Postawiłam ją przed Lilczakiem, ona na nią spojrzała i całkiem spontanicznie jej to kliknęłam. Druga cześć naszej sesji zmieniła się w kształtowanie. Standardowo: kilka klików za samo popatrzenie, potem brak kliku - pacnięcie łapą, znów kilka klików, druga łapa, jeszcze potem próba wzięcia w zęby i właściwie na tym się skończyło. Pomysły Li się wyczerpały, więc patrzyła tylko na miskę i na mnie, na miskę i na mnie co jakiś czas podchodząc, bo może po prostu zapomniałam kliknąć i wyrzucić smaka?

Cóż, kształtowania raczej kontynuować nie będziemy, Li po dłuższym czasie bez nagrody zaczyna się poddawać, a ja nie mam pomysłu jak rozruszać jej łepetynkę. Poza tym ja nie mam cierpliwości, faktem jest, że wszystkie sztuczki szły nam szybko i zajmowały jedną sesję. Pies mnie zbyt rozpieścił ;-) Znowu widzę u siebie to, że przestaję ją doceniać, mimo kilku ostatnich sukcesów wciąż czegoś mi brakuje... Zła jestem na siebie, ale nie potrafię znaleźć źródła niedosytu w naszej pracy.  Ehh, jeszcze tydzień i ostatnia (tfu tfu) cieczka skończona, zaczynamy pracę w nowych miejscach i spotkania z psimi znajomymi. :)


 /powtórzę, jeśli ktoś mieszka w Krakowie i ma psa z predyspozycjami do frisbee, a nie chce nic robić w tym kierunku, to ja się chętnie zajmę/ :DD

wtorek, 17 lipca 2012

Nic konkretnego

Ostatnio nazbierało się kilka spraw, o których warto byłoby tu napisać :)

Bardzo dziękujemy za 68 obserwatorów i wszystkie komentarze! Nie sądziłam, że tyle osób czyta moje wypociny :P Ja przyznaję się bez bicia - praktycznie w ogóle nie komentuję innych blogów (przez mój brak kreatywności :PP) ale czytam wszystkie, które mam na dole w "Czytamy" + kilka innych, które zaraz uzupełnię :)
_

Sucz sobie zaciekła. Wiem, że milion razy pisałam o sterylce, ale zawsze coś wypadało i musiała być przełożona na inny termin. Teraz póki co nic specjalnego się nie szykuje, także jeszcze w tym roku powinno to dojść do skutku :)
_

Tydzień bez siebie jakoś przeżyłyśmy. Ze mną oczywiście było gorzej, bo Li miała zapewnioną świetną opiekę. :P
Ciekawi mnie jak to przełoży się na naszą pracę i socjal z innymi psami (Lilu mieszkała razem z Nalą, miksem labradora). Dzisiaj wyszłyśmy w czasie deszczu posztuczkować i było po prostu perfekcyjnie! A jutro trening :)
_

Nowe plany sportowe. Frisbee z ciapania deklami raz na jakiś czas zamieni się na systematyczne treningi. Mam kilka planów co do nauczenia suki łapania backhandów. Przede wszystkim OBSERWACJA, później skuteczność łapania. Fajnie by było, gdybyśmy wystąpiły na DCDC w przyszłym roku, aczkolwiek to nie jest absolutnie moim priorytetem :)
Postanowiłam też na poważnie zająć się obi. Póki co moim celem jest przerobienie ćwiczeń całej klasy 0, w tempie... a może być i całe nasze życie :)
Mam też kilka planów na nowe sztuczki, aczkolwiek tu mimo wszystko prosiłabym o jakieś pomysły w komentarzach, bo tak jak wyżej pisałam, nie jestem zbyt kreatywna :D


Chyba tyle, pozdrawiamy!

piątek, 6 lipca 2012

Kilka słów o szar... kolorowej codzienności!

Jasne jest to, że wraz z pojawieniem się psa zmienia się nasze życie. U niektórych na chwilę, pod wpływem słodkiego szczeniaczka, który stając się podrostkiem nie skupia już na sobie tyle uwagi właścicieli. Jednak prawdziwy, odpowiedzialny właściciel-przewodnik nie "znudzi się" swoim psem nigdy.

Zawsze wiedziałam, że Li zmieniła moje życie, ale nigdy głębiej się nad tym nie zastanawiałam. Aż niedawno zostało mi oznajmione, że jedziemy na wakacje. Niestety bez psa... Na początku byłam wkurzona i jak mam być szczera to dalej gdzieś coś we mnie siedzi...
Na szczęście Li znalazła bardzo fajną opiekunkę na czas mojego wyjazdu :) a ja zastanawiam się, jak spędzę te 8 dni:
- bez wychodzenia z psem na spacer,
- bez sprawdzania misek,
- bez wspólnej zabawy/sesji sztuczkowych/treningów,
- bez głaskania, miziania i przytulania kudłacza,
- bez pilnowania małej przylepy...

Pewne czynności weszły mi w krew. Sądzę, że nie tylko mi. Np. gdy jestem w kuchni odruchowo sprawdzam miski, nawet jeśli robiłam to 5 minut temu :) Może to śmieszne, ale wszędzie, gdzie można zabieram ze sobą Li. Gdy biegam wieczorem, idę do sklepu, na spacer z przyjaciółką lub z rodzeństwem na plac zabaw... A może to po prostu przez te oczy, które zawsze są takie smutne gdy wychodzę bez nich. ;)

I coś czuję, że mimo, że to tylko 8 dni będę tęsknić jak cholera. Za psem i za tą szarą, a dla mnie kolorową codziennością :)


środa, 6 czerwca 2012

Wzloty i upadki

Czyli nieunikniona część naszego życia. O ile to pierwsze cieszy, napełnia dobrą energią i motywuje, tak to drugie... niekoniecznie.
 
Ostatnio pisałam, że więź między nami jest idealna. Cofam to. Nie chodzi o to, że jest źle, ale w przypadku psa, dla którego praca nie jest priorytetem nie da się jednoznacznie stwierdzić czy coś jest wypracowane, czy nie. Piszę to na przykładzie mojego psa - jej praca zależy od wielu czynników - wczoraj na treningu była mokra trawa, ponieważ wcześniej padało, a co z tym idzie - pies też mokry, więc nie pracuje bo jak to tak - mokro, zimno... I trening to była jedna wielka klapa. Tak samo dzisiaj. Jeszcze niedawno Li aportowała piłkę z toru mając przy tym fun, dzisiaj zachowywała się tak, jakby pierwszy raz to ćwiczyła, pierwszy raz widziała tych ludzi i miejsce. Była zagubiona, bała się, ukochany szarpak albo chwytała leciutko, albo w ogóle. A dzisiaj było już sucho. Fakt, że nie było nas dawno na treningu, ale czy w pół miesiąca pies może zapomnieć miejsce, psy, ludzi które znał i widział mniej więcej 2 razy na tydzień od początku stycznia?

Oj niedobra ta więź między nami, niedobra. Czy mnie to denerwuje? Powiem, że nie tyle co denerwuje, a po prostu nosi, bo chciałabym coś z psem porobić. Aby zaangażowane były obie strony. Patrzę na treningu na inne psy, które są tak zapatrzone w swoich właścicieli, że nawet nie zwracają uwagi, że jakiś tam deszcz, gdy dla Lilu to właśnie jest najważniejsza sprawa. Staram się nie mieć jej tego za złe (co przyznaję się bez bicia, nie zawsze mi wychodzi), bo nie jest owczarkiem ani terrierem, ale bywa to dołujące.

A piszę to dlatego, że czytam wszystkie Wasze komentarze, które praktycznie w 100% są pozytywne (dziękuję!) i chcę pokazać, że nie zawsze jest idealnie. Nobody is perfect, i ani ja, ani mój pies nie ma na imię Nobody ;) Swój post kieruję do osób, które mają małe, przeznaczone do towarzystwa pieski, a i tak próbują coś z nimi robić. Nie przestawajcie! Cieszcie się z każdej małej rzeczy, nawet z każdego malutkiego postępu, doceniajcie to, nawet jeśli dla innych właścicieli i psów to codzienność! Bo żeby coś docenić, trzeba to stracić (no, ewentualnie w ogóle tego nie mieć :P)

Czyli podsumowując między nami jest BEZNADZIEJNIE. Li ma jakieś gorsze dni. Dlatego plan na najbliższą przyszłość - NICNIEROBIENIE, wspólne spędzanie czasu na przyjemnych rzeczach typu spacerki, przytulanki, aby na nowo żyć RAZEM, a nie tylko koło siebie :)

środa, 28 marca 2012

Zrozumieć swojego psa

No właśnie... Ile razy w naszym wspólnym życiu byłam wkurzona na Li, bo znowu mnie olewała, nie przynosiła piłki, miała mnie gdzieś... Ja teoretycznie robiłam wszystko ok, tak jak gdzieś wyczytałam, tak jak ktoś mi poradził, tak jak po prostu się robi... ale nie z Lilu. Z Lilu ciężko się pracuje, jeśli wymaga się od niej jakiejś trudniejszej rzeczy. Szybko się poddaje, nie kombinuje o co mi chodzi, w przypadku braku nagrody ciężko ją poprosić, aby powtórzyła to co zrobiła przed chwilą tylko z małą korektą, jeśli coś ją przestraszy, nawet coś małego, zamyka się w sobie i często to co do tej pory było zrobione przepada. Dlatego, jeśli praca z nią ma być efektowna, muszę być pewna, że to zrobi, albo iść małymi kroczkami. Błędy, błędy, błędy w wychowaniu. Nie nauczyłam ją samodzielnego myślenia, całe życie była naprowadzana.
Ale do rzeczy.
Aport piłki nieruchomej, bo takie mamy zadanie na najbliższe dni, tygodnie, może lata? Wnioskuję, że Li ma fajny popęd łupu, gorzej już z samą pasją aportu. A więc próbowałam tak: trzymałam ją za szelki, wyrzucałam piłkę i jednocześnie ją puszczałam. Przyniosła? Super! Zaczyna się świetnie, a więc nagroda w postaci szarpaka. Potem prawie tak samo, z jedną różnicą, że puszczałam ją trochę później, później, później... aż piłka się zatrzymywała. I tu klapa, nic... a raczej wkurzenie z mojej strony, dlaczego ona nie rozumie, skoro robiłyśmy krok po kroku? Zapięłam ją na smycz, wróciłyśmy do domu. Dobra, ochłonęłam. Biorę zeszyt, długopis i zaczynam bazgrolić:
Problem -> L. ma problem z aportem nieruchomej piłki. Jakie może być jego źródło? ("trochę" znam swojego psa, a więc piszę dalej)
Niezrozumiała dla niej nagroda? Możliwe. 1. Ćwiczyć wymianę zabawkami. Nieatrakcyjna nagroda? Też możliwe, 2. Zamienić szarpak na coś, co kocha jeszcze bardziej. Zbyt mała odległość między treningami, za dużo pracy i znudzenie się ją? Wątpię, ale przerwa nikomu nie zaszkodzi, a więc 3. Przez pewien czas nic z nią nie robić. Wrzucanie od razu na zbyt głęboką wodę? Możliwe. 4. Ćwiczyć najpierw w domu. Moja osoba jest dla niej za mało atrakcyjna, przegrywam z innymi zapachami? 5. Uatrakcyjnić się, dla psa of kors :)

W czasie nie dłuższym niż zajęło Wam przeczytanie tego tekstu wyciągnęłam 5 wniosków, co mogło być nie tak. A więc zabieramy się do roboty.
1. Wymiana zabawkami oraz 2. Zamiana szarpaka. Lilu kocha szarpak, ale możliwe, że już się jej trochę znudził. Wywalam psa z pokoju i wyciągam wszystkie jej zabawki, układam tak, aby każda była dla niej widoczna, siadam w pewnej odległości od nich, wołam psa, pies przychodzi, nie zwraca uwagi na zabawki, patrzy na mnie, a ja mówię "przynieś". Tu następuje lekka dezorientacja, dopóki pies nie zobaczy TEGO i nie zrobi ze swoich oczu dwóch pięciozłotówek, żeby za chwilę dorwać TO i wpychać mi TO do ręki, żeby się TYM poszarpać. TYM czymś nie okazał się szarpak, ani żaden sznur, TO coś, proszę państwa to stonoga. Długa, pluszowa, kolorowa stonoga, z dziurą w jednym miejscu, z której wydobywa się wnętrze tegoż oto zwierza, a po bokach dodatkowo są przyszyte nogi w ilości niewiadomej lecz na pewno mniejszej niż sto. A więc następuje to co Lilczaki lubią najbardziej, szarpu szarpu szarpu, gdzie ogon pani eL. chodzi jak helikopter, gdy tu nagle bardzo zła pani bardzo dobrego pieska brutalnie wygrywa sobie stonogę, rzuca piłkę na drugi koniec pokoju, czyli odległość stosunkowo niewielką, i mówi PRZYNIEŚ. Piesek lekka dezorientacja namber tu, ale po chwili leci po piłkę. Chwyta ją w paszczę, na co tym razem z mojej paszczy wydobywa się głośne "TAK JEST! (spoko loko, domownicy dawno stwierdzili, że jestem nienormalna, ale to chyba każdy zna z autopsji) DOBRYPIESEKWŁAŚNIETAKSUPEREXTRA!" w między czasie z tej radości i zachwytu oczywiście nie zapominając o nagrodzie, czyli  naszej stonodze. Kilka takich powtórzeń i podczas kolejnego szarpania się wyrzucam piłkę niby po cichu, niby za psem tak, żeby nie widział, jednak nie udało mi się i Lilu w ułamku sekundy puszcza stonogę, przynosi piłkę i znów ową stonogę łapie i powiedzcie mi gdzie tu psia logika? :) Jeszcze jej nic nie kazałam, mogła tą piłkę zignorować i szarpać się dalej, mieć ją głęboko w d.....
 Zdarzenie to miało miejsce kilka dni temu.

Dzisiaj natomiast naszło mnie coś, że aż sama się zdziwiłam, zrobiłyśmy sobie porządny trening obi. Obi mój pies lubi, bo nie trzeba dużo robić, a można łatwo zdobyć żarcie. Równanie miałaby perfekcyjne, gdyby nie to, że czasem siada bokiem przede mną, chodzenie przy nodze jak na tego psa jest świetne, ma lepszy kontakt, ale przede wszystkim chodzi blisko i nawet chodziłaby napierając na moją nogę, ale wtedy naturalnie podczas chodu lekko ją odpycham, czego ona nie lubi, bo to bardzo delikatny piesek, pamiętajmy o tym. ;) A więc trening bardzo pozytywny, wracamy do domu a mój pies co? Patrzy na mnie ze wzrokiem "heloooł, to miało mnie zmęczyć? róbmy coś!". No takiej okazji nie mogłam zmarnować, Li rzadko prosi o pracę, bardziej potrzebuje samej obecności człowieka, głaskania i miziania. Wzięłam stonogę, piłki i poszłyśmy na pole. Szarpiemy się, wygrywam, trzymam psa za szelki, rzucam piłkę i do akcji wkracza moja mama, która dotychczas dłubała sobie coś tam w ogródku. Trzeba wiedzieć, że moja mama uwielbia nam przeszkadzać, a więc psa do piłki nie puściłam, trzymałam ją cały czas i gadka szmatka o tym, żeby łaskawie dała nam ćwiczyć, żeby nie psuła nam tego, nad czym pracowałyśmy długi czas. Udało się wywalczyć, że tylko zobaczy co Lilu zrobi i sobie pójdzie. Teoretycznie byłam już na przegranej pozycji, bo wiedziałam, że za długo trzymam Lilu, a więc musiałabym zrobić to od nowa, czyli zacząć od szarpania, a co z tym idzie dać jej stonogę za nie przyniesienie piłki. A więc pierdzielę, puszczam, najwyżej będę walczyć, żeby przyniosła. I tu Li przeszła sama siebie, POLECIAŁA po tą piłkę (rzeczą naturalną jest, że do piłki się idzie, nie biegnie a co dopiero leci ;)), przyniosła do ręki (sama z siebie, dla mnie obojętne czy pod nogi czy do ręki) i szaarpu szarpu stonogą :) I to jest sukces!

Właśnie to jest najważniejsze, zrozumieć swojego psa, dotrzeć do niego. Każdy pies jest inny, coś, co dla jednego będzie rzeczą oczywistą dla drugiego będzie największą zmorą życia. Mieć fun ze wspólnej pracy, nie denerwować się bez sensu. Wiadomo, że nie jest to proste, ale czasem lepiej wrzucić na luz.


Dla wytrwałych kilka zdjęć mojego małego geniusza:











środa, 29 lutego 2012

Co daje jeden spacer...

Duużo przemyśleń.

1. Ćwiczyć Lilczowy pyszczek. 
Mam nadzieję, że poprawi się jej łapalność.
 
2. Ćwiczyć posłuszeństwo.
Lilu nie zwiewa, nie olewa komendy "do mnie", ale w doopie ma inne (typu wracaj, przestań itp...).

3. Wprowadzić dwa ważne słowa: "praca" i "koniec" 
Przed każdą sesją klikerową, zabawą, frisbowaniem, flyballowaniem itd. chciałabym, żeby wiedziała, że teraz pracujemy, a nie wąchamy trawkę czy szczekamy na pieska sąsiadów :)

4. Wziąć się za frisbee!
a co z tym idzie...

5. Krótsze, a efektowniejsze sesje frisbowe. 
Dzisiaj zafascynowana pogodą i tym, że Li się ślicznie szarpie, rzuciłam jej rollera. Ok, złapany, więc może jakiś mały, malusi overek? Były nawet dwa. Za dużo! Wiem, że mamy się tylko szarpać i to krótko, ale jakoś tak nie umiem się powstrzymać.... a trzeba!

6. Więcej się szarpać i bawić zabawkami.
Bez względu na porę, pogodę, okoliczności...

7. Być dla niej bardziej stanowczym, zdecydowanym, twardszym.
Bo czasem słodkie mówienie i zachęcanie nie pomaga..

8. Być dla niej fajniejszym i atrakcyjniejszym :)



Tak w ogóle jak widać mamy nowy wygląd bloga. Bardzo proszę o komentarze i opinie, czy jest ładnie :DD oraz czy się dobrze czyta ;-)

poniedziałek, 6 lutego 2012

A więc skaczesz czy nie?!

Obecnie powinnam uczyć się na angielski, chemię i polski, a więc zaczęłam czytać sobie tego bloga wstecz... I dopiero teraz zobaczyłam, jak ja strasznie mieszam! Na pisarkę się nie nadaję ;)
Np. w kwestii latania (co postaram się wyjaśnić w tym poście). Raz piszę, że pies nie skacze, potem dziki wybuch radości, bo skoczył, potem znowu, że doopa ciąży i again, Li skacze!
Ludzie, jeśli czytacie tego bloga, to strasznie Was przepraszam za mój chaotyczny styl pisania :D

Wracając do hopsania.
Szczerze powiedziawszy nie pamiętam, czy zdarzało się, żeby Lilu jako szczeniak podskoczyła z oderwaniem wszystkich łapek. Na 90% spieprzyłam jej technikę skoku gdy miała ok. 8 miesięcy, rzucając jej frisbee tak po prostu. Łapała, owszem, ale stojąc na dwóch łapach. Potem trochę nad tym pracowałyśmy, ale nie było efektów mimo hula hopów, kartonów ani innych. Do czasu, gdy wyklikałam jej wchodzenie tylnymi łapkami na podwyższenia... Ok. 5 powtórzeń, a jak dużo dało? Pamiętam dokładnie tamten moment, gdy przyszedł nowy szarpak i wyszłyśmy na zewnątrz go wypróbować. I jakoś tak się stało, że Lilu skoczyła, naprawdę SKOCZYŁA wysoko i ładnie, co mnie zamurowało... I szkoda, że był to jednorazowy wybryk. Teraz gdybym wyrzuciła piłkę/dekla/miśka/cokolwiekinnego do góry, Lilu nie oderwałaby się od ziemi, a już na pewno nie tak jak wtedy.
Inna sprawa to obiekty uciekające. Np. backhandy (których swoją drogą dawno jej nie rzucałam). Tu podniesie się na minimalną wysokość (2-3 cm).
Jeszcze inna sprawa to flipy (głównie szarpakowe tak jak pisałam :D). Tu odrywa doopę, mimo, że wciąż nisko. Tutaj jest zmuszona oderwać doopę, bo baletnicą nie jest i nie wykręci się na dwóch tylnych łapach. Wraz z większą masą mięśniową są trochę wyższe, ale dla mnie wciąż mało.


A więc mam psa nibylatającegonibynie.

sobota, 7 stycznia 2012

FLYBALL!

Życie lubi zaskakiwać i to bardzo.
Biorąc psa właściwie nic nie chciałam z nim robić. Miał być po prostu moim psem, moim przyjacielem. Wiedziałam, że istnieją 4 sporty - frisbee, agility, obedience i flyball, ale jakoś nie miałam potrzeby robienia czegoś z Lilu. Jakiś czas później przeglądałam blogi, gdy trafiłam na bloga Pauli i Weny, na którym była notka z zawodów DCDC i dwa filmiki. Pamiętam tylko, że oglądałam je ze szczęką na podłodze. To był początek mojej miłości do 1. FRISBEE, zapragnęłam ćwiczyć to z Lilu, wystartować na zawodach... i ta miłość trwa do dzisiaj. Dogfrisbee to mój ukochany sport namber łan, ale niestety nie mam o nim tak ogromnej wiedzy, by móc to kontynuować z Lilu. Tak właściwie to zdecydowałam, że wybierzemy się na jakieś seminarium i wtedy zadecyduję, czy jest sens kontynuować, czy nie. W sumie frisbee zajęło nam dość dużo czasu, były wzloty i upadki, aż ostatnio stwierdziłam, że może czas spróbować z 2. AGILITY? Ten sport mi się nigdy nie podobał, takie sobie prowadzenie psa po torze, nie to co dekle - z każdym następnym fristajlem coś nowego... Napisałam do Hiportu - kurs dla początkujących może będzie na wiosnę. Dobra, ale mamy zimę, więc co robić? Stwierdziłam, że podejmiemy próbę wzięcia się za 3. OBEDIENCE - sport, który podobał mi się, ale nigdy nas w nim nie widziałam. Zawsze mówiłam, że to za trudne, że my nie umiemy, że ja nie umiem, że mój pies się nie nadaje... A kolejny sukces w tym sporcie motywuje mnie do dalszej pracy!


Zaczęłyśmy chodzić przy nodze i dopracowywujemy dostawianie, chciałabym, aby bardziej się przyklejała. Jednak ostatnio z obi nie idziemy do przodu, ponieważ głównie ćwiczymy na piłce


A więc został nam ostatni sport - 4. FLYBALL. Ten był dla mnie w ogóle nie osiągalny, nigdzie nie było klubu, no to tak jakby zaraz do mojego pokoju miał wejść border proszący mnie o chociaż jeden rzut frisbee :D po prostu NIEMOŻLIWE. Tak, ale nie ma nic niemożliwego... Gdy zobaczyłam to  http://www.latajacepsy.pl/forum/viewtopic.php?f=24&t=90&sid=8c9b6fbd36d6be44f1a2dc17efc666bb no po prostu zaniemówiłam. Sport, który nie jest popularny w Polsce tak jak inne, i to jeszcze kurs w KRAKOWIE! W Krakowie, gdzie są ledwo 2 kluby agility na całe wielkie miasto!
I co? No zapisałyśmy się. Aktualnie jesteśmy po pierwszym treningu, następny mamy jutro. :)

Moja wielka miłość - FRISBEE. Sport, który kocham ponad życie. A co mi z tego wyszło? że bawimy się/będziemy bawić w każdy inny, a nie ten. ;)

sobota, 10 grudnia 2011

Być konsekwentnym

Taak... być konsekwentnym...
Nie zawsze dogadywałyśmy się. Były wzloty i upadki. Teraz jest świetnie, ale jest jedna rzecz, która ciągnie za sobą kilka kolejnych, które to z kolei psują niektóre inne rzeczy (napisane po polskiemu..). ;)
Lilu jest rozpieszczona. Nie jakoś masakrycznie, że np. gryzie, gdy coś się jej nie podoba, rządzi i dominuje, ale jest już trochę za granicą psa dobrze ułożonego.

"Idź mi stąd ty wstrętny gadzie, nic ci nie dam, teraz ja jem!"
...
*słodkie oczy*
...
....
......
"No dobra, masz."

__


"Do legowiska marsz!"
....
......
........
"No dobra, chodź do łóżka"


__


"Nie szczekaj!"
...
....
....
"A dobra idź"


Takie i jeszcze kilka innych sytuacji doprowadziły do tego, że w pewnych momentach po prostu nie podoba mi się zachowanie Lilu. I to jest tylko moja wina.
Np. wylatywanie na ogród z prędkością błyskawicy i darciem mordy na pół miasta. Nigdy nie zwracałam na to uwagi, ale ostatnio zaczęło mnie to wkurzać. Pies jest wtedy nie do odwołania, lata sobie wokół płotu bo przecież te drzewa wokół muszą słyszeć jak brzmi moje szczekanie! Dzisiaj zaczęłam nad tym pracować. Nie będę szczegółowo opisywać jak (rzecz jasna pozytywnie i bez bólu!) ale wzięłam ją na smycz i założyłam kaganiec. Chodziłyśmy sobie po ogrodzie, spokojnie, na luźnej smyczy, bez chwalenia - za każdym razem jak powiem np. dobrze, pies tak się zaczyna cieszyć, że zaczyna wariować, a tu potrzeba statyki ;) Nie byłam jeszcze pewna, ale ściągnęłam kaganiec. Cisza.
Efekty są. Idą psy (trzeba obszczekać!) a pies spokój. Zerknął tylko i szedł ze mną dalej. Normalnie by ciągnęła i darła się. Zaczynam iść - pies idzie, zatrzymuję się - pies też, jeśli zaczyna ciągnąć - "nie!" - później "równaj" - i idziemy. Zaryzykowałam i odpięłam linkę.
Jak miło było widzieć, jak mój pies spokojnie spaceruje sobie po ogrodzie, podlewając trawkę, wyciągając uszy na wiatr (ona to uwielbia robić :P).
Może po prostu potrzebuje właśnie takiego spaceru, który jej pokaże, że ufo wcale nie wylądowało w naszym ogrodzie i nie potrzebuje szczekania. Nie wiem, bo

nie, szkoleniowcem nie jestem. Nie mam pojęcia, czy zrobiłam dobrze, nie wiem na jakąś cholerę przyda mi się ta smycz i kaganiec. Po prostu tak miałam tego dość, że otworzyłam szafkę z rzeczami Lilu i wzięłam dwie pierwsze lepsze rzeczy jakie wypadły(czas posprzątać? ;-)). Zapewne gdyby była to zabawka, pracowałabym z zabawką :P  Zaskakuje mnie to, jak dużo się z nią uczę. Teoria to dużo, ale to co daje praktyka... Cały czas myślę, że jestem gotowa, żeby wziąć drugiego kudłacza i wychować go sobie na fajnego psa. I za każdym razem się mylę! ;-) Bo uczymy się cały czas. Całe nasze życie. I zapewne za tydzień będę bogatsza o nowe doświadczenia, ale chyba o to chodzi? by popełniać błędy, naprawiać je i wspólnie się przy tym bawić.
Tak jeszcze a propos tego drugiego kudłacza, bo pojawiają się pytania. NIC NIE MÓWIĘ! ;)

Dziś jeszcze obmyślę szczegółowy plan działania, bo nie wiem co więcej zdziałam z tym nieszczęsnym kagańcem ;-) Trzeba się wreszcie ogarnąć.


I być konsekwentnym.

niedziela, 30 października 2011

Aport

Raz był, raz go nie było. Przez pewien okres czasu nic w tym kierunku nie robiłam, sama nie wiem czemu. Jeśli ktoś widział rollerowy filmik z wieku 6 miesięcy, który szybko usunęłam z yt... no idzie się załamać. ;) I tak naprawdę Lilu sama nauczyła się aportować na pewien okres czasu. Miała wtedy może 8 miesięcy, ja byłam zawalona nauką i połowę dnia siedziałam nad książkami. Biedne i poszkodowane sucz postanowiło zwrócić na siebie uwagę, wzięło zabawkę i zaczęło na mnie skakać. Przez pewien czas nie reagowałam, ale żeby mieć spokój wyrzuciłam jej tą zabawkę z pokoju. Łaaa, szczęście Liloka nie miało wtedy granic! Jako, że dalej siedziałam nad książkami sucze pomyślało, że zrobi to samo... i znów.... i znów.... I tak podświadomie nauczyła się aportować, tak jak wcześniej pisałam na krótki okres czasu. Nie wiem, co jej zepsuło aport, ale jakoś przed tegorocznymi wakacjami zaczęłyśmy go odbudowywać. I dzisiaj leży mi na kolanach pies, który zaaportuje wszystko, co się jej wyrzuci. Problem stanowi tylko szarpak, który podczas powrotu strasznie plącze się pod nogami i powrót trwa godzinę ;) a poddaje się tylko wtedy, gdy zgubi zabawkę, czyli np. piłka wpadnie w wysokie trawy. Szukać zdarzyło się jej tylko raz, podczas bardzo długiej przerwie nic nie robienia (kilka postów temu o tym pisałam).
Cieszę się z wypracowanego aportu, poszło nam to bardzo łatwo, a jeszcze kiedyś nie było do przyjęcia, żeby mój pies coś mi przyniósł. ;) Testowałam wiele technik i w końcu nam się udało :)

środa, 12 października 2011

Plusy i minusy

Nicnierobienie jest złe. Nie umiemy tak żyć i to jest pewne. Prowadzi to do tego, że mój grzeczny i nic nie niszczący pies ma już na sumieniu m.in. duuuuużo chusteczek, porozmemłanych po dywanie na bardzo małe i trudne do posprzątania strzępki 8) Gryzak, który jej kupiłam załatwiła w godzinę, a pozostałymi się nie interesuje. Cały czas chodzi za mną, szuka sobie zajęcia, jest strasznie nadpobudliwa, a jednocześnie cały czas chętna do pracy ze mną. Spacery jej nie wystarczają, a i tak są ograniczone ze względu na to, że najpierw mnie nie było w domu, a teraz jestem chora. Po wypuszczeniu na ogród lata po nim jak na jakichś dopalaczach ;-) Ale wciąż się słucha i to mnie cieszy.

Żeby choć trochę uspokoić psa, jakoś przedwczoraj wyklikałyśmy sobie podawanie TYLNYCH łapek. Jestem bardzo nieogarnięta, planuję sobie daną rzecz do zrobienia na najbliższy czas i albo nic z tego nie wychodzi, albo zmieniam ją sto razy. Bo teraz, jak już pisałam, miałyśmy dalej pracować nad mięśniami,  a wychodzą nam różne sztuczki ;) Muszę też siąść i napisać jakiś grafik, co i w jaki dzień z nią robić i testować, czy za dużo, czy za mało, czy wystarcza, czy nie...

Wracając do spacerów, w poniedziałek wybrałyśmy się na łąki pod kątem frisbee, skakania, a raczej nauki dobrego lądowania i jak potem wyszło jeszcze krótkiego sztuczkowania. Moja koleżanka zaopatrzyła się w lustrzankę (teraz czekamy jeszcze na lepszy obiektyw i słońce lub dobre światło ;)) więc mamy ok. 70 zdjęć :D. Wkleję je w najbliższym czasie, jak będę miała wszystkie, teraz tylko 3 :). Nie pofrisbowałyśmy dużo, bo teren rollerom nie sprzyjał (musimy znaleźć jakiś nowy, bo ogród nie wystarcza..), rzuty przez zero łapalności odrzuciłyśmy (swoją drogą ciekawe, że ona nawet się nie stara, żeby je złapać...), a w dodatku zauważyłam u niej coś takiego, że po okrążeniu do rollera nie biegnie prosto, tylko po łuku.. ale mimo wszystko bardzo ładnie pracowała i jestem z niej naprawdę dumna :).

Nie wiem czy pisałam, ale pewnego dnia, jako że wróciła genialna motywacja, wzięłam znów CSa... i został przyjęty! :) Ładne szarpanie, nakręcenie, pracowała normalnie tak jak z Hero Pup. :) Na początku te dyski Lilu się w ogóle nie podobały, nie szarpała się, ani nic.. Zastanawia mnie, czy to nie przez ten sam kolor co miał sonic. Wracając do spaceru, bo znów piszę nie na temat ;), zaczęłyśmy vaulty. Jeszcze nie dużo, ale sucz wie, co ma robić. Teraz chciałabym, żeby były szybsze, ale to przyjdzie z czasem. Co ciekawe spacer W OGÓLE jej nie zmęczył, przyszła do domu i znów w trybie gotowości. Pies z ADHD czy, co mnie ostatnio zaczęło zastanawiać, brak offa?

Dzisiaj natomiast trochę popiłeczkowałyśmy. C-U-D-O! Musicie wiedzieć, że mój pies za piłkami nie przepada ;-) a dzisiaj? Śliczne skupienie, baaardzo szybki bieg po piłkę, genialne szukanie! (kiedyś, jeśli piłka zniknęła jej z oczu, po prostu się poddawała), GENIALNE APORTOWANIE (!) , genialnie szybki powrót ze zdobyczą :D nawet z 3 razy zdarzyło się, że po prostu puściła mi ją pod nogami i pognała oczywiście żeby znowu zaaportować :).





Dla niektórych oczywiste rzeczy, a dla nas sukcesy! ;-)

piątek, 16 września 2011

Pitu pitu

Pitu pitu bo nic konkretnego tylko same zapiski. :)

Dalej kontynuujemy sobie spacerowanie bez niczego, jaka Lilu potrafi być posłuszna :D wraca na każde "do mnie" , pilnuje się, olewa samoloty (co ciekawe w domu już nie..) po prostu cud miód sielanka ;) jest tylko jeden minus: trzymając się tak blisko mnie w ogóle nie wraca do domu zmęczona. Po prostu sobie spacerujemy, łąki są dość duże, ale obejście ich raz w ogóle jej nie męczy. Dzisiaj próbowałam jej uciekać, żeby trochę pobiegała, było trudno, bo blisko się trzymała, ale pies bardziej zmęczony niż zwykle. No i uwaga! Lilu prosi mnie pracę! Nie wiecznie ja ją, tylko teraz te maślane oczy mówią "zrobimy coooooś?". Osiągnęłam to co chciałam. Nie wracamy jeszcze do częstych treningów (co idzie mi z trudem bo ja nie umiem o tak po prostu nie pracować z psem...), co daje efekt, że na każdym Lilu daje z siebie 100%. Aport  wyrobiłyśmy sobie bardzo fajny, przyniesienie ekspresowe (pomijając szarpak, który plącze się jej między nogami i co chwilę musi sobie poprawiać chwyt żeby donieść), mamy zrobione nawet szybkie omijanie wskazanych drzew i póki co odłożyłyśmy wszystkie sztuczki (pomijając stanie na stopach bo to w pewnym sensie też pomaga) i zaczęłyśmy rozwijać masę mięśniową ;). No i musimy schudnąć! Tzn. Lilu, bo po pierwsze wet powiedział do niej "tłuścioszku" 8) po drugie nie czuć żeber, po trzecie przy dzisiejszym czesaniu furminatorem skóra wręcz jej falowała :P Optycznie jakaś masakrycznie gruba nie jest, ale to tylko przez opitolone futro na brzuchu.


We frisbee wróciła nam motywacja, odeszło łapanie (nie licząc rollerów) więc... rezygnujemy z frisbee. Tak, ja kochająca dekle, tak po prostu rezygnuję! Nie widzę sensu dalej tego ciągnąć... pewnie wybierzemy się na jakieś seminarium i dopiero wtedy zobaczymy, ale wątpię żebym chciała do tego wrócić z Lilu poza okazjonalnym ciapaniem deklami na "zmęczenie psa". Co nie znaczy, że z przyszłym psem nie chcę frisbować, ale to już całkiem inny temat. ;) Zajmiemy się głównie agility, obidience, a poza tym tak jak zawsze sztuczkowaniem. :)

piątek, 2 września 2011

Podsumowanie wakacyjnych postanowień

3 rzeczy, którymi miałyśmy się zająć podczas wakacji:

Świadomość zadu: podstawy że tak powiem mamy zrobione. Lilu umie cofać, wchodzić na małe podwyższenia, duże podwyższenia, teraz próbujemy na obiekty pionowe. Zacięłyśmy się przy ok. 85 stopniach, bo przy 90 suka strasznie się ślizga lub nie umie utrzymać się na przednich łapach. Zapewne z czasem to przyjdzie, jak sobie mięśnie wyrobi. Kompletnie nie idzie nam okrążanie z przednimi łapkami na podwyższeniu, bo przy nakierowywaniu smaczkiem Li po prostu wchodzi na książki (jakieś rady?).

Frisbee: ruszyłyśmy do przodu z backhandami. Sucz ma zakodowane, że trzeba wyskoczyć, aczkolwiek muszę nauczyć się pod nią rzucać, a to nie takie łatwe :P (chyba czas na jakieś seminarium..)  Poza tym ciągle spada nam motywacja, więc chyba powrócimy do treningów raz na 10 dni i na początek tylko szarpanie.

Posłuszeństwo: tfu tfu żeby nie zapeszyć, ale mamy odbudowane w 100 %! I tu chciałabym się trochę bardziej rozpisać. Znalazłam mój błąd: za dużo od niej chciałam, zapominając, że to nie jest pies pracujący. Kiedyś na spacery chodziłam z torbą, a w niej aparat (no ale to akurat standard), frisbee, szarpak, piłka, saszetka ze smaczkami i inne rzeczy w celu "każdego po trochę". Za bardzo chciałam upodobnić ją do bordera, za dużo i za często z nią pracowałam i sucze w końcu się zgubiło, nie słuchało, rozpraszało się. Na szczęście Lilu to pies "wybaczę Ci każdy Twój błąd".  I od kilku dni wprowadziłam stanowczą zmianę: chodzimy na spacer tylko ze smyczą i kilkoma smaczkami (do nagradzania za każde przyjście). Lilu szczęśliwa i ja też. Z czasem zapewne wrócimy do jakiegoś fri lub cuś ;) Łazimy sobie po łąkach kompletnie bez zamiaru jakiejkolwiek pracy. Przychodzi na każde moje zawołanie. Olewa ludzi. OLEWA SAMOLOTY! Słucha się mnie! W końcu ja tu jestem przewodnikiem. Ufa mi, a ja jej. Nie potrzebna nam linka. Gdy wącha sobie coś w trawie co jakiś czas wystawia głowę do góry i tylko patrzy czy jej nie wołam, czy jestem blisko. Na skrzyżowaniu dróżek na łąkach też tak na mnie patrzy z miną "gdzie idzemy? tutaj? ok". Nie potrafię opisać tego uczucia, gdy po długiej pracy, wylanych łzach, chwilach zwątpienia nareszcie dogadałyśmy się.
Kocham ją za to, że wybacza mi każdy błąd. Kocham ją za to, że jest moim pierwszym psem "na którym się uczę". Po prostu ją kocham, bo jest genialna ;)))

czwartek, 28 lipca 2011

Dobry dzień

Chyba każdy ze swoim psem ma dobre i złe dni. Kiedy coś nam wychodzi lub kiedy kompletnie nic. U nas na szczęście przeważa to pierwsze. :)

Dzisiaj był właśnie taki dobry dzień. ;)

Po pierwsze: wraz z zakupem nowego szarpaka Lilu zdecydowanie ma mocniejszy chwyt. Tamte po prostu nam nie leżały. Teraz mogę kręcić sobie psem na prawo i lewo, w górę i w dół 8)

Za szarpak dziękujemy Patrycji od Zoe - jest cudowny :)





Po drugie: W końcu po totalnym olewie na frisbee suka zaczęła pracować! Szarpała się, ŁAPAŁA rollery więc mam nadzieję, że koniec z taranowaniem dysku :D, leg overy przeskoczone! i śliczne flipy.
A jeszcze niedawno nie chciała się szarpać, nie przynosiła, wszystko było ciekawsze, tylko nie frisbee...


Po trzecie: Lilu zaczęła skakać! Tak, wreszcie przyszły efekty naszych morderczych treningów ;) Wcześniej podnosiła się tylko przy flipach, a teraz była cała w powietrzu :D A co nam najbardziej pomogło? Świadomość zadu. Lilu naumiała się ;-) wchodzić tylnymi łapami na podwyższenia typu parę książek itp. Wcześniej kompletnie nam to nie szło, przez moje nastawienie...
Co prawda była to opcja pies-latający-w-celu-upolowania-szarpaka, ale mam nadzieję, że ładne skoki uda nam się przerzucić na frisbee.
Zdjęć, które ukazywałyby to piękne zjawisko, jakim niewątpliwie jest mój pies w powietrzu nie mam, fotograf wyjechał i sama musiałam ogarnąć psa i aparat, jednak postaram się o coś lepszego w najbliższym czasie. :D




I dwa zdjęcia z free time'u ;d

 prawie wystawowe


 i z babcią Punią, jedynym psem, którego Lilu się nie boi ;)