Nie zezwalam na kopiowanie tekstów i zdjęć ze strony bez mojej zgody, zgodnie z Dz. U. 94 nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 nr 43 poz. 170 cyt.:
kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie materiałów w całości lub w części bez zgody autora jest zabronione, stanowi naruszenie praw autorskich i powiązane jest z odpowiedzialnością karną”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 stycznia 2013

Podsumowanie?

Czy ten rok był przełomowy? Hmm, nie czuję tego jakoś specjalnie, ale porównując go do 2011 na pewno tak. Dużo się zmieniło, dużo się nauczyłyśmy, było wiele porażek, ale nie mniej sukcesów.

Rok zaczął się flyballowo ;) zapisałyśmy się na kurs, który początkowo miał być kursem agility. Wiele zawdzięczam treningom, mimo niezbyt obiecującego początku i ostatecznego poddania się. Zyskałam ogrom wiedzy, z każdym nowym treningiem Li przełamywała się w czymś, ja przecierałam oczy ze zdumienia ciesząc się jak głupia, Li zaczęło się to podobać. Oprócz tego poznałam fantastycznych ludzi i fantastyczne psy. Treningi diametralnie zmieniły naszą pracę. Kwiecień i maj to miesiące, które wspominam najlepiej. Sucz pracowała idealnie, naprawdę mogłam sporo od niej wymagać, a ona każde zadanie wypełniała najlepiej jak potrafi. Udało nam się odwiedzić pierwsze od 5 lat w Polsce zawody flyballowe w Ożarowie w kwietniu (ja sama byłam również na edycji jesiennej we wrześniu) gdzie podczas przerw Li dała z siebie wszystko, mimo tylu rozproszeń potrafiła się skupić i pracować na torze. Niestety to co dobre szybko się kończy, tutaj nie było inaczej. W maju nastał ogromny kryzys, który po tak udanych miesiącach był ciosem w me serce ;-) Z mojej strony było wielkie nieporozumienie, brak akceptacji, szok dlaczego tak nagle Li się zmieniła o 180 stopni... Nie chciała pracować, uciekała, olewała mnie, znajome psy nagle stały się zupełnie obce... Do dziś nie wiem, co było tego powodem. Miałam ochotę rzucić to wszystko, całe jeżdżenie na treningi, praca, moje kombinowanie co robić żeby było lepiej poszło się... przejść na spacer. I wróciło, szkoda tylko, że w zmniejszonym składzie ;) Lil w miarę się ogarnęła, ja zmieniłam podejście, pogodziłam się ze stratą idealnego pieska (cóż, nie można mieć wszystkiego :)). Teraz przynajmniej wiem co i kiedy mogę od niej wymagać, a kiedy nawet nie próbować. Praca z nią uzależniona jest od wielu czynników, na które często nie mam wpływu i to niestety jest problemem.
W wakacje dużo jeździłyśmy m.in. na Błonia, trochę obikowałyśmy i nawet fajnie to wychodziło. Gdy na flyballu dalej nie widać było chociażby jednej małej oznaki poprawy podjęłam decyzję, że rezygnujemy. Było to dla mnie trudne, ponieważ bardzo chciałam zobaczyć Li na torze, którego w końcu i tak nie nauczyła się w całości. Chciałam zobaczyć ją na zawodach, a potem móc cieszyć się z sukcesów mniejszych lub większych i mieć świadomość, że jesteśmy częścią drużyny i od nas też zależy ostateczny wynik. Najbardziej jednak chciałam, żeby w końcu znalazł się dla nas sport, którym zajęłybyśmy się na poważnie, żeby Li była szczęśliwa a ja razem z nią. Niestety ambicje i marzenia zostały odłożone na bok. Flyball jest niesamowity. Ja na szczęście jeszcze nie kończę z nim przygody i nie zamierzam. W przyszłym roku czekają mnie pierwsze starty z Bertą, a z moich obliczeń wynika, że "już" w 2015 będę mogła wystartować ze swoim psem :) no chyba, że Li nagle się nawróci... ;) póki co pełni rolę maskotki PSYchosis (zapraszamy na nasz funpage http://www.facebook.com/PSYchosis.flyball.team?fref=ts )
Po wakacjach rozwijałyśmy się bardziej obediencowo, trochę stuczkowo i na tyle, ile pozwala szkoła robimy to dalej. Grunt to to, że niedługo ferie! :)


A na Nowy Rok razem z Lilu życzymy Wam przede wszystkim szczęścia, wielu sukcesów i radości ze wspólnej pracy jak i zwykłego przebywania ze swoimi psami!


czwartek, 30 sierpnia 2012

Back to summer paradise...

Przerażające jest to, jak czas szybko płynie. Jeszcze niedawno skrobałam posta "Podsumowanie wakacyjnych postanowień" (rok temu), zaraz potem cieszyłam się, gdy wychodziłam ze szkoły z zakończenia roku szkolnego (2012)... Ten rok zapowiada się szalony, miejmy nadzieję, że uda mi się go przeżyć :D
A tymczasem postanowiłam naskrobać coś o tegorocznych wakacjach. Nie były jakieś szalone, najbardziej brakowało mi wyjazdu z Lilu na jakąś wieś, bez kontaktu z cywilizacją :PP spacerów po lesie, nad wodę... całe wakacje spędziłyśmy w mieście.
Przez lipiec nie robiłyśmy właściwie nic ;) oprócz nauczenia się kilku nowych sztuczek. Podczas mojego wyjazdu Li była u znajomej, a potem zaczęła się cieczka i tak zleciał nam cały miesiąc :P Sierpień był trochę aktywniejszy, byłyśmy na wielu różnych treningach, spacerach, generalnie mam dość Błoń na najbliższy miesiąc :D wzięłyśmy się w końcu porządnie za obi. Nasze chodzenie przy nodze się poprawiło, choć wciąż nie jest idealne.


 Celem naszych wakacji było udoskonalenie pracy w nowych miejscach, gdzie jest dużo więcej rozpraszających bodźców. Czy się to udało? Hmm, niestety to jest temat, nad którym załamuję ręce. Nie wiem od czego to zależy, nie wiem, co jeszcze mam robić, nie wiem, czy nie lepiej odpuścić... praca Li zmienia się jak... no nawet nie umiem znaleźć porównania. Teraz może być ok, ale za sekundę pies nagle BUM! koniec! aktualnie wypięła się na zabawki, ukochane szarpaki są okropne, ostatnio olewa również żarcie... Co mnie bardzo boli nie przychodzi. Gdy ja uciekam ona nie biegnie. Jedynie ok jest w domu, no ale ileż można tłuc sztuczki i to jeszcze w miejscu, które sucz zna na wylot?
Podjęłam również bardzo trudną decyzję, nad którą rozmyślałam godzinami. Zrezygnowałyśmy z flyballu.
Co prawda w przyszłym roku będę biegać z Bertą, ale jednak to nie to samo, co z własnym psem. Mam wrażenie i ogromną nadzieję, że to tylko ciąża urojona, że to minie, że po sterylizacji wszystko zniknie i że to tylko zła bajka. Niestety, jeśli dalej taki stan pozostanie (bo takich kryzysów w naszym życiu był ogrom), będziemy powoli musiały rezygnować ze wszystkiego. Łatwo powiedzieć "nie poddawaj się, walcz!" ale co ja mam zrobić? Nie mam już pomysłu...

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Drugie urodziny!



Pamiętam dokładnie ten dzień, tą chwilę, gdy mój tata powiedział mi, że mogę zacząć szukać sobie psa.
Pamiętam dokładnie pierwsze zakupy, gdy nie zdawałam sobie sprawy, że szczeniak cavaliera jest taki malutki i kupiłam wszystko za duże.
Pamiętam dokładnie, gdy Lilu do nas przyjechała, gdy pomoczyła swoje posłanie chyba z 5 razy, gdy w pierwszą noc piszczała za łóżkiem, później uwielbiała tam spać.
Pamiętam nawet, gdy pierwszy raz dawałam jej jeść, jakie to było fantastyczne uczucie :)
Aż w końcu pamiętam, wizytę u weterynarza, szczepienie Li, gdy ją zabolało podbiegła właśnie do mnie i zaczęła pakować mi się na ręce, mimo, że obok był jeszcze mój tata i siostra. Pierwszy raz pokazała mi, że mi ufa i pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że jestem za nią odpowiedzialna i jak bardzo ją kocham.

Lilu 21 kwietnia w sobotę skończyła 2 lata, 2 lata, kiedy one minęły? Gdzie podział się mój szczeniak, który wszystko gryzie i obsikuje?









Niektórym wydaje się, że to tylko cavalier, taki spanielek, którego łatwo wyszkolić i tak dalej... A ja w tym roku zdałam sobie sprawę, że praca z nią nie jest taka łatwa, bo tak naprawdę zależy od warunków, w jakich się odbywa. Jeśli jest jej zimno, nie będzie aportować, jeśli jest mokra przez padający deszcz też nie, a co dopiero przy temperaturze -20... ;-) Chociaż nie mogę powiedzieć, że nie widzę postępów!

Bardzo łatwo ją zniechęcić, jeśli nie będzie dostawać długo nagrody, znudzić, dlatego sesje muszą być częste, a krótkie i przestraszyć, co czasem powoduje, że zamyka się w sobie, nie chce nic robić, a otworzenie jej i pokazanie "hej, przecież nic się nie stało!" trochę zajmuje. Cały czas uważam, że gdybym wzięła się za wczesną i przede wszystkim porządną socjalizację to żyłoby się nam, a przede wszystkim jej lepiej :P




Mimo, że nie zawsze jest łatwo, że często myślę "nie, ona tego nie zrobi, nie potrafi..." Li pokazuje mi, jak bardzo się mylę!
A gdy przychodzą efekty naszej pracy, obie jesteśmy uhahane cały dzień, co sprawia, że nasza więź staje się jeszcze mocniejsza.




Lilu jest psem mojego życia, nie da się wyrazić, ile ona mnie nauczyła i uczy dalej, jest najbardziej cierpliwym ze wszystkich cierpliwych nauczycieli i dzielnie znosi moje humorki i złości, gdy nam coś nie wychodzi. Dzięki niej wiem, że nie należy przestawiać swoich ambicji na psa, co zawsze było dla mnie proste, ale tylko w teorii. Frisbee, sport, który u mnie króluje na pierwszym miejscu wśród moich najulubieńszych sportów, nie ćwiczymy, bo po prostu nie ma sensu. Chociaż jeśli już mówimy o dekielkach, to wiąże się z nimi moje ulubione zdjęcie, z naszego najlepszego treningu, gdy Lilu biegała nakręcona i ślicznie łapała wszystko co jej rzucałam. Na tym zdjęciu biegnie sobie (no dobra, akurat zakręca ;)) ze swoim ulubionym dyskiem i cała mordka jej się śmieje :D





Nauczyła mnie też jednej fantastycznej rzeczy. Gdy nam się coś nie udaje, nie jestem już na nią zła, a po prostu cieszę się, że mogłyśmy coś robić wspólnie.


Największe nadzieje pokładam we flyballu, obydwie to lubimy, Li co prawda od niedawna, ale ma jeszcze czas ;) Glut jest też chyba pierwszym cavalierem w Polsce, który ten sport ćwiczy.




Lilu... co ja Ci mogę życzyć...
Życzę Ci żebyś żyła długo w zdrowiu i szczęściu, nie zmieniała się ani trochę, abyś dalej dzielnie wytrzymywała moje pomysły :)
Dziękuję Ci, że ze mną jesteś, chociaż nie musisz, dziękuję Ci za wspólnie spędzony czas, dziękuję Ci za wszystko!