Nie zezwalam na kopiowanie tekstów i zdjęć ze strony bez mojej zgody, zgodnie z Dz. U. 94 nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 nr 43 poz. 170 cyt.:
kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie materiałów w całości lub w części bez zgody autora jest zabronione, stanowi naruszenie praw autorskich i powiązane jest z odpowiedzialnością karną”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głupotki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głupotki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 maja 2013

Halo halo, pobudka!

Blog śpi... Na szczęście nie oznacza to, że śpimy i my :)
Życie pędzi nieubłaganie, jestem już nieźle wyprana psychicznie i fizycznie całą tą bieganiną za ocenami, rekrutacją itp.. Na szczęście piesek cierpi na tym mając jedynie zmniejszoną liczbę i długość spacerów. Z całą resztą męczę ją dość porządnie :P Rzucamy deklami, skaczemy, obikujemy i uczymy się sztuczek.
Co do tego pierwszego - softflite pup to zdecydowanie nasz dysk! Trzeba wyposażyć się w kolejne :) Skupiamy się głównie na backhandach, które wychodzą nam już całkiem całkiem! Moim celem jest wytłumaczenie suczy sensu pogoni za dyskiem - aktualnie ma wyrzucany z ręki na niewielką odległość. Często zdarza się jej naprawdę cudownie wyskoczyć, oderwać się od ziemi, złapać i w pięknym stylu wylądować! Dlatego utrwalamy, utrwalamy i utrwalamy takie zachowania na krótkich, a efektownych treningach. Co do reszty figur - ruszyłyśmy tylko flipy, które też nam całkiem zacnie wychodzą. :) Overy, vaulty itp. zostawiłyśmy. Przede wszystkim czekam na lepszą motywację. Postanowiłam również, że sucz będzie je łapać z niższych wysokości, mimo że potrafi zrobić leg vaulta gdy normalnie stoję z ugiętą nogą, będzie je robić gdy klęczę :P Jednak tak jest lepiej, gdy pies ma zmienną motywację.
Obiobiobi... powoooluuutku ruszamy pozycje, ale to baardzo powolutku. Raczej wciąż szlifujemy chodzenie przy nodze, na które również nie mogę narzekać! Pracujemy nad tym, aby tuptanie dla Lilaczka było największą radością jaka ją może w obi spotkać :D
I ostatnie to sztuczki. W naszym repertuarze zagościła sztuczka "make the face" którą skracam po prostu do "face". Jestem niepocieszona faktem, iż Lilaczoo nie wystawia swoich pięknych ząbków, przez co nie wygląda już tak efektownie... cóż, nie można mieć wszystkiego ;)) Kiedyś zaczęłyśmy przytulanie zabawki przy świstaku do czego musimy wrócić. Kolejna z zaczętych nieskończonych to czołganie, na które będziemy potrzebowały więcej czasu.

Krótkie sprawozdanie co u nas - mam nadzieję, że niedługo złe chwile miną i będę mogła napisać o czymś konkretniejszym, w końcu skleić filmik, który planuję od bardzo dawna oraz wstawić jakieś zdjęcia!
A tymczasem 14 czerwca czeka nas kolejny występ... :)

wtorek, 29 stycznia 2013

Zimowy sen

Pogoda nas nie rozpieszcza - najpierw padał deszcz, który zamarzał gdy tylko spadł na ziemię (darmowe lodowisko!), potem zostało to przykryte warstwą śniegu,  teraz z kolei jest chlapa, wszędzie mokro. Warunki do ćwiczenia czegoś ambitniejszego kijowe. Martwi mnie ten lód który został pod śniegiem - nie pozwolę przecież psu skakać, bo jeśli natrafi na ostry kawałek to katastrofa gwarantowana... Ćwiczymy naprawdę mało, za mało, co niestety skutkuje zbędnym tłuszczykiem na żeberkach ;)
Głównie dopracowujemy elementy obi. O ile z dostawiania jestem bardzo zadowolona, tak na chodzenie przy nodze nie mogę znaleźć złotego środka. Ciągle kombinuję i wymyślam nowe metody, może kiedyś mi się uda... Bierzemy się także za zmiany pozycji i wstęp do aportu. Jeśli się uda zawitamy również na obikowych warsztatach, jednak jeszcze nic nie jest pewne. :)
Oprócz posłuszeństwa mam jeszcze pomysł na kilka sztuczek. Z psem pracuje się świetnie - bardzo rzadkie, pozytywne treningi, gdzie można zdobyć duuużo żarcia są kuuul 8)
Mimo wszystko czuję, że zapadłyśmy w zimowy sen. ;) Może czytając powyższą część o obediencowych planach i marzeniach tego tak się nie odczuwa, ale naprawdę mało robimy. Nie pamiętam kiedy ostatni raz Li była porządnie zmęczona fizycznie. Wiosno, przybywaj!


piątek, 6 lipca 2012

Kilka słów o szar... kolorowej codzienności!

Jasne jest to, że wraz z pojawieniem się psa zmienia się nasze życie. U niektórych na chwilę, pod wpływem słodkiego szczeniaczka, który stając się podrostkiem nie skupia już na sobie tyle uwagi właścicieli. Jednak prawdziwy, odpowiedzialny właściciel-przewodnik nie "znudzi się" swoim psem nigdy.

Zawsze wiedziałam, że Li zmieniła moje życie, ale nigdy głębiej się nad tym nie zastanawiałam. Aż niedawno zostało mi oznajmione, że jedziemy na wakacje. Niestety bez psa... Na początku byłam wkurzona i jak mam być szczera to dalej gdzieś coś we mnie siedzi...
Na szczęście Li znalazła bardzo fajną opiekunkę na czas mojego wyjazdu :) a ja zastanawiam się, jak spędzę te 8 dni:
- bez wychodzenia z psem na spacer,
- bez sprawdzania misek,
- bez wspólnej zabawy/sesji sztuczkowych/treningów,
- bez głaskania, miziania i przytulania kudłacza,
- bez pilnowania małej przylepy...

Pewne czynności weszły mi w krew. Sądzę, że nie tylko mi. Np. gdy jestem w kuchni odruchowo sprawdzam miski, nawet jeśli robiłam to 5 minut temu :) Może to śmieszne, ale wszędzie, gdzie można zabieram ze sobą Li. Gdy biegam wieczorem, idę do sklepu, na spacer z przyjaciółką lub z rodzeństwem na plac zabaw... A może to po prostu przez te oczy, które zawsze są takie smutne gdy wychodzę bez nich. ;)

I coś czuję, że mimo, że to tylko 8 dni będę tęsknić jak cholera. Za psem i za tą szarą, a dla mnie kolorową codziennością :)


poniedziałek, 25 czerwca 2012

Letnie spacerowanie

Po ostatnich konfliktach i niejasnościach w naszym team'ie na linii Julia - Lilu póki co nastał okres błogiej sielanki. Nic dużego nie robimy, a jeśli już to zamieniamy to w czystą zabawę, więc motywacja wróciła i znów gały wlepione we mnie. Byleby tego nie spieprzyć... :)
Podczas takiej jednej zabawy szarpaczkiem sucz nauczyła się flipów. Takich porządnych, z doopką w górze i z fajnym skrętem. Niesamowicie jara ją takie wyskakiwanie i mimo, że czasem jeszcze zdarzy jej się nie ogarnąć ciałka i upaść przy lądowaniu - leci z koksem dalej! Ehhh, i znów sobie mogę rozmyślać "start na DCDC, gdyby nie te rzuty dystansowe, start dcdc, dcdccccccccc......". Cóż, nie ukrywam - baaardzo chciałabym z Li pokazać się na zawodach, ale ambicje trzymam na wodzy :)
Wakacje się zaczęły, noo, może nie dla wszystkich, ale dla mnie po dzisiejszym wyjściu ze szkoły tak. Otóż koniec lekcji, jutro i środa wycieczka (i dobrze, na kija teraz siedzieć na "lekcjach" w szkole) czwartek dzień gospodarczy, piątek apel i koooniec! Nie ukrywam, że ten rok szkolny był ciężki, co w pewnych momentach odczuwała i Li, ale wakacje mam zamiar poświęcić w głównej mierze jej. No i tu następuje pewne nieporozumienie, hah oczywiście, każdy tak teraz pisze! I może trochę mam obawy, że mi się nie uda zrealizować mojego planu z czystego lenistwa, ale niczego też nie przekreślam :) W wakacje chciałabym generalnie dużo z Li jeździć, przyzwyczajać do nowych miejsc, podbudować pewność siebie, wzmocnić fajną pracę w nowych warunkach. Oprócz tego dużo ćwiczyć, ale przez zabawę.

A więc wakacyjna/letnia sielanka zaczęła się i pomiędzy leżeniem i obijaniem się na huśtawce w ogrodzie


spacerujemy na zasadzie SPACER, a nie "docieramy na miejsce, wałkujemy tosiamtotamtoiwogólewszystkopokolei, zwijamy się do domu". Gluciorkowi w sumie taka wersja pasuje, ale ciągle łażą za mną oczy i pytają "a może masz szarpaczek w torbie? a może piłeczkę? frisbee? COKOLWIEK?". Mam, aparat i tylko tyle ;) więc w sumie zaczęło być bardzo pozytywnie (zapraszam na fbla do poczytania moich żali nt. naszej ostatniej współpracy, link znajduje się na dole, nad blogami, które czytamy). Nie wiem ile taki stan potrwa, ale mam nadzieję, że przez wakacje uda nam się go wzmocnić.
No a więc tak. Spacerujemy.


Lilutek jak widać na powyższym zdjęciu bardzo się pilnuje, patrzy, czy gdzieś nie znikam, nie uciekam, czy może nie wyciągam piłeczki... Strasznie to jest śmieszne a zarazem miłe, gdy ona tak patrzy "gdzie idziemy? prawo, lewo, zawracamy?". Nie chce iść w inną stronę, musi tam gdzie ja, i musi mieć moje pozwolenie, bo inaczej nie pójdzie. Ot, kochany pies...

zmasakrowany brzuch XD


Jak widzicie powyżej na okoliczne trawki padały promienie słońca, co sprzyjało zdjęciom (macro of course, mój aparat innych nie trawi)





A pies....?

BUSZU BUSZU NIUCH NIUCH NIUCH


Nie zwiewasz?


Ale na pewno?


Upewniwszy się, że jestem i żyję, poszła buszować dalej :)

 Aż tu nagle...
              zza krzaków...
                                                            wyłoniło się.....
                                                                                                   DZIKIE ZWIERZĘ! 
                            co onieśmieliło moją królewnę


więc przydreptała do pańci


która akurat zajmowała się takimi oto panami


Pan o dziwo nie przestraszył się aparatu, ba, urodzony model! Stał nieruchomo i patrzył się w obiektyw


Jednocześnie starał się pokazać z każdej strony (w czym nieco przeszkodził listek)


Pokazawszy swój profil chwilę poczekał, aż zrobię mu zdjęcie i skoczył dalej


A ble fuj! 
Koników polnych i innych latająco-skaczących robali było tam mnóstwo!
Nie zabrakło też bardzo towarzyskich biedronek

Heja heja, uwaga macham!

W dół...


i w górę


Lecęęęęę!


  




No i tak sobie fociłam różne żyjątka, po czym stwierdziłam, że starczy, wstałam. Patrzę w lewo - psa brak. Patrzę w prawo - psa brak. WTF, odwracam się do tyłu - jest. To jej ulubiona sztuczka: człowiek rozgląda się dookoła gdzie ona pobiegła, a Li co? jest tak blisko, że patrząc w dal nie obejmujemy jej wzrokiem :D


Chciałam zrobić trochę zdjęć Liloczkowi w tym polu, ale efekt... mnie nie zadowala.


Upolowałam coś! ;)




Następnie przeszłyśmy na kopalnię, której widok spowodował, że musiałam zbierać szczękę z ziemi. Było po prostu PIĘKNIE, CUDOWNIE, MAGICZNIE, JAK W BAJCE. Słońce padało na rośliny, które tam wyrosły (było to ok. 20:00) i przypominam - nie rośnie tam trawa. W krajobrazie dominował kolor zielony, brązowy, szary. I do tego te wzniesienia, które wyglądały jak ogromne schody. Ślicznie, ładnie i w ogóle, a bateria w aparacie padła :/ Zdjęć nie ma, ale jak nam się uda wrócimy tam jutro! I nadrobimy ;-)


Pozytywny dzień = pozytywna notka :)


środa, 9 maja 2012

Przegrana...

Kupiłam Lilu transporter. Duży, materiałowy, generalnie suka go lubi. Chciałam ją nauczyć spania w nim przez całą noc, na początek żeby w ogóle nauczyła się w nim przebywać większą ilość czasu, potem zdecydowałam się na oduczenie spania w łóżku. Kilka nocy było ok, ale....


Poległam.


Nie umiem spać bez psa! Bez mojego termoforka wpychającego łeb pod rękę i przytulającego się najmocniej jak tylko się da. Po prostu nie umiem.

Transporter stoi dalej, pełni funkcję legowiska podczas dnia ;)

poniedziałek, 6 lutego 2012

A więc skaczesz czy nie?!

Obecnie powinnam uczyć się na angielski, chemię i polski, a więc zaczęłam czytać sobie tego bloga wstecz... I dopiero teraz zobaczyłam, jak ja strasznie mieszam! Na pisarkę się nie nadaję ;)
Np. w kwestii latania (co postaram się wyjaśnić w tym poście). Raz piszę, że pies nie skacze, potem dziki wybuch radości, bo skoczył, potem znowu, że doopa ciąży i again, Li skacze!
Ludzie, jeśli czytacie tego bloga, to strasznie Was przepraszam za mój chaotyczny styl pisania :D

Wracając do hopsania.
Szczerze powiedziawszy nie pamiętam, czy zdarzało się, żeby Lilu jako szczeniak podskoczyła z oderwaniem wszystkich łapek. Na 90% spieprzyłam jej technikę skoku gdy miała ok. 8 miesięcy, rzucając jej frisbee tak po prostu. Łapała, owszem, ale stojąc na dwóch łapach. Potem trochę nad tym pracowałyśmy, ale nie było efektów mimo hula hopów, kartonów ani innych. Do czasu, gdy wyklikałam jej wchodzenie tylnymi łapkami na podwyższenia... Ok. 5 powtórzeń, a jak dużo dało? Pamiętam dokładnie tamten moment, gdy przyszedł nowy szarpak i wyszłyśmy na zewnątrz go wypróbować. I jakoś tak się stało, że Lilu skoczyła, naprawdę SKOCZYŁA wysoko i ładnie, co mnie zamurowało... I szkoda, że był to jednorazowy wybryk. Teraz gdybym wyrzuciła piłkę/dekla/miśka/cokolwiekinnego do góry, Lilu nie oderwałaby się od ziemi, a już na pewno nie tak jak wtedy.
Inna sprawa to obiekty uciekające. Np. backhandy (których swoją drogą dawno jej nie rzucałam). Tu podniesie się na minimalną wysokość (2-3 cm).
Jeszcze inna sprawa to flipy (głównie szarpakowe tak jak pisałam :D). Tu odrywa doopę, mimo, że wciąż nisko. Tutaj jest zmuszona oderwać doopę, bo baletnicą nie jest i nie wykręci się na dwóch tylnych łapach. Wraz z większą masą mięśniową są trochę wyższe, ale dla mnie wciąż mało.


A więc mam psa nibylatającegonibynie.

czwartek, 29 grudnia 2011

Lilcz w różnych odsłonach

1. Moja ulubiona - obraz. Dostałam dziś na urodziny, jest PRZECUDNY! Rysowany ręcznie of course :) Niestety zdjęcie nie oddaje wszystkich szczegółów, ale naprawdę jest niesamowity.



2. Breloczek. Wylicytowany na tegorocznej borderowej licytacji, zrobiony przez Zium - dziękujemy! Przypięłam sobie do piórnika, aby w szkole podczas tych wszystkich męczarni poprawiał mi humor - bo jest na nim naprawdę wyjątkowy pies ;-)


3. Wisiorek (?) modelina. Również dostałam na urodziny, wersja bardziej "śmiechowa" ;-) ale dzięki tej plamce zawsze będzie wiadomo kto to :)




Święta minęły nam spokojnie. Kupiłam Lilu kilka prezentów, ale oczywiście nie wytrzymałam do 24 grudnia i zostały "użyte" zaraz gdy przyniósł je listonosz. Część tych rzeczy było nam potrzebne, a przy okazji świąt stały się prezentami :) czyli nowa obroża, podkładka pod miski plus adresówka, która nam się zgubiła ;), zabawka misiek-stonoga, frisbee oraz wyżej pokazany breloczek, z czym to ostatnie było raczej dla mnie ;).

Odwiedziło nas również przeurocze 2 miesięczne stworzonko, którym miałam przyjemność zająć się cały dzień. Jest to kundelek, jej mama była spanielem, tata niewiadomy, ale obstawiam jakiegoś retrivera. Po prawie 1,5 rocznej przerwie znów mogłam zobaczyć jak to jest żyć z taką nieporadną kluską, choć ta wyjątkowo ładnie się szarpała :) Jak się dogadały? Mimo, że Lilu się bała (ahh ten socjal...), gdy tylko mała glizda poszła spać kładła się tuż obok niej (miałam takie śliczne zdjęcie to mi się usunęło!).


Jako, że to zapewne ostatni post w tym roku

Życzymy wszystkim świetnie spędzonego sylwestra, zdrowia, szczęścia, uśmiechu, realizacji marzeń (po cichu marzę, by moich też :)), owocnej, wspólnej pracy w roku 2012, tak, by za rok można było siąść i z radością powiedzieć "tak, ten rok był spędzony naprawdę świetnie!"

Julia&Lilu

piątek, 18 listopada 2011

Jesień

Jesień do pewnego momentu była piękna, słodka i ciepła. Z przyjemnością wychodziło się z psem na spacer, uśmiechało na widok cudownie kolorowych liści, słońce świeciło, chciało się żyć.
Ale to się skończyło.
Niestety.
Jest zimno. Drzewa są gołe, liście spadły. Szaro, buro i ponuro. Nie ma słońca. Wieje wiatr. Dzieci nie latają po placach zabaw, na łąkach też ostatnio nie widziałam żadnego spacerującego psa. Najchętniej to zostałoby się w domu, psa wzięło na kolana(ahh ten termofor ;)) zrobiło kubek gorącej kawy i oglądnęło film. A co, jeśli psu to nie odpowiada? Ba, pies ma CAŁKOWICIE odmienne zdanie. W stu procentach. ;)
Siedzisz przy komputerze - znosi ci pod nogi wszystkie zabawki, podgryza nogawki. Siedzi przed drzwiami na balkon (stąd mamy widok na ulicę, zwłaszcza teraz, gdy krzaki nie mają liści). Powiedziałoby się wypuść i będziesz miała spokój. No już raz tak zrobiłam. Mój przeinteligenty pies zeskoczył na auto (Bogu dzięki mała wysokość) a z auta sruuuu na ogród. Dlatego nie jest tam wypuszczana. Z ogrodu też wraca po 5 minutach, a potem chce czegoś więcej. Jest bardziej rozszczekana i żywiołowa.
Ale to jest przecież normalne. To jest pies, który spaceru potrzebuje, niezależnie czy jest 40, czy -20 stopni. A że mi się to nie podoba... to mam problem ;-).
Ostatni tydzień byłam chora, co wiązało się z brakiem spacerów. Dzisiaj już z nią wyszłam mimo cholernego kaszlu i odkryłam kolejny minus takiej jesieni.
ZDJĘCIA! W ogóle nic nie wychodzi... mój aparat bezapelacyjnie do dobrych zdjęć potrzebuje dobrego światła. A światła nie ma! Niestety, nie mam lustrzanki ;)
Ah, i oczywiście mój kochany pies na spacerach ma olew na wszelkiego rodzaju zabawki, oprócz szarpanych, takich jak szarpak czy kawałek skarpetki 8). Na szczęście posłuszeństwo mamy GENIALNE w każdym znaczeniu tego słowa.

sobota, 24 września 2011

Nie umiemy nie pracować

No bo nie umiemy. Lilu czeka na każde moje wezwanie, a ja mam taką ochotę zrobić z nią coś, że mnie roznosi. Tyle, że dwuminutowy trening frisbee to dużo za mało, obi na spokojniejsze dni, zwykłe sztuczki robią się nudne, a więc... pozostaje nam agility.
Jakoś nigdy nie lubiłam tego sportu, dla mnie zawsze było to takie ot bieganie sobie z psem po torze. Ostatnio dochodząc do wniosku, że tylko ten sport nam zostaje, jeśli planujemy coś na poważnie, mam ogromną ochotę po prostu pobiegać z Lilu, poskakać i wreszcie ją zmęczyć. Tyle, że nie mamy gdzie. Nie mam talentu do robienia przeszkód - dwie ostatnie zrobione przeze mnie hopki były... czymś, co ustawiało się i montowało pseudo-tyczkę pół godziny... Kasy na tor zwyczajnie nie mam, a w interesującym mnie klubie cisza jak makiem zasiał. Bieeedne z nas żyjątka!

sobota, 20 sierpnia 2011

Nie lubię...

Nie lubię, gdy jakieś dzieci sąsiadów gapią się, gdy ćwiczę z Lilu.
Nie lubię, gdy po zakończonej sesji dzieci biegną po coś do domu(to coś okazało się suchym chlebem...).
Nie lubię, gdy zbierają się wokół mojego grzecznie latającego po ogrodzie psa.
Nie lubię, gdy nałogowo powtarzają mu 'zdechł pies!" bo "fajnie wygląda ta sztuczka"!



aaale....

Kocham mojego psa, gdy z miną w stylu are you fucking kidding me leży ze stoickim spokojem na trawie.
Kocham miny tych dzieciątek, gdy pytam się co robią.
Kocham ich miny, gdy mówię, że ten pies ma ustaloną ilość ćwiczeń na dzień.
Kocham ich miny, gdy wołam psa do siebie i jak gdyby nigdy nic wchodzimy do naszego działkowego domku.

a dzieci dalej stoją osłupiałe.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Wakacyjnie w Czarnym Dunajcu

Wczoraj wróciłyśmy z tygodniowych wakacji w uroczej dziurze Czarny Dunajec.
Przez pierwsze 3 dni lało, potem był upał.. Szkoda, że nic po środku ;) Więc sucze zmęczone po każdym wyjściu wyglądało tak:


No ale siedzieć w ośrodku nie można, więc korzystając z tego, że nie pada, wybrałyśmy się na jakąś górę... Szkoda tylko, że nie wiem jak się nazywała :) Mokro było, pies szczęśliwy, wybiegany i dał sobie radę lepiej ode mnie.





Ileś dni potem korzystając tym razem z ładnej pogody odwiedziliśmy znajomych moich rodziców. Sucze znów szczęśliwe, miało tyle miejsca do biegania. ;)





lecz radość długo nie trwała, bo z powodu kompletnego olewania komendy "chodź" zapięłam Lilu na smycz(niestety zapomniałam linki...). Więc były zdjęcia portretowe:



 i prawie wystawowe, z prezentacją strzelistego ogona. Kocham jej ogon - to jest typ, jaki ja lubię. Nie kita, tylko taka.. chorągiewka :D świetnie faluje na wietrze :D




I zdjęcia w lesie:




Ale co to by była za wyprawa bez patyków...


 i wakacyjnych, natrętnych kochanków...


 gdzie Lilu zdecydowanie woli to pierwsze ;)



Odbiegając od tematu wakacji dalej pracujemy nad posłuszeństwem. Lilu raz wraca, rzadziej nie, lecz ostatnio pojawiło się wielkie rozproszenie - samoloty :/ Przebijają wszyyyystko. 
Frisbowo ok, CS'y na drugim treningu się przyjęły i z szarpaniem wszystko dobrze :) Gorzej z łapaniem, nie wiem co się stało... Na leg over'y suka ma olew, rollery owszem goni, przynosi, ale przebiega czyli biegnie przez dysk, taranuje go i dopiero jak spadnie przynosi, jedyne co nam teraz wychodzi to flipy. Na agility nie mam weny :P

Nad czym musimy popracować:
-posłuszeństwo,
-świadomość ciała,
-frisbee.